1 marca — Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Nie zdradzi was ziemia

O żołnierzach wyklętych, ich cierpieniu i wierności — ze szczególnym wspomnieniem ziemi zambrowskiej

Dziś, 1 marca, Polska zatrzymuje się na chwilę. Na chwilę — bo tylko tyle zostaje tym, których imiona przez dziesięciolecia były wymazywane z historii, których groby były anonimowe, a rodziny skazywano na milczenie i strach. To Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych — ludzi, którzy gdy cały świat już się pogodził z nową mapą Europy, nie złożyli broni. Nie dlatego, że nie rozumieli beznadziei swojego położenia. Dlatego, że nie umieli inaczej.

Szacuje się, że przez antykomunistyczne podziemie zbrojne w latach 1944–1956 przewinęło się do 200 tysięcy ludzi. W samym 1945 roku w Polsce działało około 350 oddziałów partyzanckich, w których walczyło od 13 do 17 tysięcy żołnierzy. Byli wśród nich oficerowie zawodowi, studenci, chłopi i nauczyciele. Łączyło ich jedno: wiedzieli, że to, co przybyło ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, nie jest wyzwoleniem.

Zdrajcy czy bohaterowie? Spór o imię

Komunistyczna propaganda nazywała ich „zaplutymi karłami reakcji”, „faszystami”, „bandytami”. Przez dekady PRL-u żołnierze podziemia byli skazani na dwoistą śmierć — najpierw fizyczną, potem symboliczną. Wyroki śmierci wykonywano w celach więziennych, ciała zakopywano anonimowo pod osłoną nocy, często w zbiorowych grobach, bez krzyża i bez imienia. Rodzinom nie mówiono nic — albo kłamano.

Nazwa „żołnierze wyklęci” pojawiła się po raz pierwszy w 1993 roku, gdy Liga Republikańska przygotowywała wystawę na Uniwersytecie Warszawskim. Szukano wspólnej nazwy — i znaleziono: wyklęci. Wygnani z historii. Przeklęci przez system. Ale nie przez ziemię, która ich nosiła, ani przez ludzi, którzy ich ukrywali, narażając własne życie.

Ziemia zambrowska — kraj ludzi nieugietych

Zambrów i jego okolice mają długą pamięć o wojnie i jej kosztach. We wrześniu 1939 roku 71. Pułk Piechoty stacjonujący w zambrowskich koszarach musiał walczyć o własne miasto — w trakcie walk poległo około 400 polskich żołnierzy. W nocy z 13 na 14 września Niemcy rozstrzelali 200 wziętych do niewoli. Instruktorzy i kadeci Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Artylerii w Zambrowie zostali zamordowani przez NKWD — ich imiona widnieją na listach katyńskich.

Ta ziemia przyzwyczajona do straty nie złamała się po 1944 roku. Obwód Zambrów Armii Krajowej wchodził w skład Komendy Rejonu Łomża AK–WiN — jednego z najbardziej aktywnych rejonów Okręgu Białostockiego. Lasy nadnarwiańskie i bagna biebrzańskie stały się schronieniem dla ludzi, którzy nie chcieli pogodzić się z nową władzą. I którzy za tę niezgodę zapłacili najwyższą cenę.

 

Major „Bruzda” — ostatni z tamtych

Wśród dowódców związanych z ziemią zambrowską i łomżyńską postacią szczególną jest major Jan Tabortowski, pseudonim „Bruzda”. Urodził się w 1906 roku w Nowogródku, w rodzinie o wielowiekowych tradycjach patriotycznych — jego przodkowie walczyli w powstaniach listopadowym i styczniowym. Brat Albert służył w Wojsku Polskim i został zamordowany przez NKWD w Charkowie w 1940 roku, w zbrodni katyńskiej.

Sam „Bruzda” walczył bez przerwy od września 1939 roku. Ranny w kampanii wrześniowej, uciekł z niewoli, przekroczył linię demarkacyjną i zaczął budować konspiracje. Stał się inspektorem Inspektoratu Łomżyńskiego AK — jednym z najważniejszych oficerów podziemia na Mazowszu Północnym i Podlasiu. Uciekał z więzień, wymykał się z zasadzek NKWD i SMIERSZ. Nigdy się nie poddał.

 

W nocy z 8 na 9 maja 1945 roku — gdy cały świat świepował koniec wojny — „Bruzda” na czele około dwustu partyzantów opanował Grajewo, uwalniając aresztowanych żołnierzy podziemia. To był jego świat: nie uroczystości i defilady, lecz nocne wypady i więzienny mur do sforsowania.

Po amnestii 1947 roku ujawnił się razem z około 2300 podkomendnymi. Próbował żyć normalnie — szukał pracy, chodził na studia w Szkole Głównej Handlowej, mieszkał w sublokatorskich pokojach. Ale nie ma normalnego życia dla kogoś, kogo bezpieka nie chce puścic. Gdy fala aresztowań dosęgnęła jego dawnych towarzyszy, w 1950 roku ponownie zszedł do podziemia. Przez cztery lata ukrywał się na bagnach biebrzańskich z garstką wiernych ludzi, bez możliwości powrotu.

23 sierpnia 1954 roku, podczas akcji zaopatrzeniowej w Przytułach, major Jan Tabortowski „Bruzda” został śmiertelnie raniony. Umierając przed komisariatem milicji, na własną prośbę został dobity strzałem przez towarzysza — nie chciał trafić żywy w ręce UB. Miał 47 lat. Walczył przez piętnaście lat bez przerwy — dłużej niż trwała II wojna światowa.

 

Cena niezomności — tortury, więzienia, anonimowe groby

Los „Bruzdy” był losem wyjątkowym — bo skończył w walce, z bronią w ręku. Wielu jego towarzyszy nie miało nawet tyle. Tysiące żołnierzy wyklętych trafiło do więzień UB, gdzie były przesłuchiwyane metodami, które trudno opisać inaczej niż torturami. Wyroki śmierci zapadały po procesach trwających godziny. Egzekucje wykonywano w celach lub na wewnętrznych dziedzinach więzień. Ciała zakopywano nocą, bez trumny, bez nazwiska na grobie — by rodzina nigdy nie znalazła miejsca do łez.

Represje dotykały nie tylko walczących — ale i ich bliskich. Żony wyrzucano z pracy. Dzieci nie mogły studiować. Rodzice przez lata żyli w strachu przed nocnym pukaniem do drzwi. Wielu z tych, którzy skorzystali z amnestii w 1947 roku i ujawnili się w dobrej wierze, zostało aresztowanych mimo złożonych obietnic. System kłamał — i wiedział, że kłamie.

Ostatni partyzant — Józef Franczak pseudonim „Lalek” — zginął w obławie 21 października 1963 roku, osiemnaście lat po zakończeniu II wojny światowej. Osiemnaście lat w lasach, na bagnach, w ukryciu. Osiemnaście lat bez domu, bez rodziny, bez przyszłości. Tylko z bronią i z wiarą, że coś, za co umiera, ma sens.

Dziś — przywrócić imię

W 2011 roku Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ustanowił 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Data ta upamiętnia 1 marca 1951 roku — dzień, w którym komunistyczne władze wykonały wyroki śmierci na siedmiu prywódcach IV Zarządu Zrzeszenia WiN. Zamordowani w więzieniu mokotowskim nie doczekali nawet oznaczonego grobu — przez dziesięciolecia nikt nie wiedział, gdzie spoczywał.

W Zambrowie i na całej ziemi łomżyńskiej wciąż żyje pamięć o tych ludziach — w lokalnych izbach pamięci, w kościołach, w opowieściach rodzinnych przekazywanych szeptem, bo przez długie dekady mówić głośno nie wolno było. Dziś wolno. Dziś trzeba.

Oni wybrali Polskę wtedy, gdy Polska była tylko snem w lesie. Kiedy za sen ten płaciło się śmiercią. Należy im się więcej niż jeden dzień w roku — należy im się pamięć, która nie wygaśnie. Bo rzeczy godnych pamięci nie da się zaorać.

„Podziw i szacunek musi budzić postawa tych dowódców i żołnierzy AK, którzy mimo beznadziejnego położenia nie poddali się, nie uciekli ze swej ziemi.” — Jerzy ślaski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *